h Łemko szuka grobów

 

Cmentarz wykarczują z pamięci i naród zginie


Sylwester Madzelan umarł zimą 1997 r. pod Międzyrzeczem, na zachodzie Polski. Miał 65 lat. Przed śmiercią poprosił, aby pochowano go na cmentarzu w rodzinnej wsi Czertyżne. Pan Madzelan był Łemkiem, a wieś, do której chciał powrócić, leżała w Beskidzie Niskim, nieopodal przełęczy Lipka, w cieniu wzgórz Żabiniec, Siwejka i Zielona Lipka. Ale kiedy pan Madzelan umierał, Czertyżnego nie było już na mapie. Stare domy rozsypały się, pola zamieniły się w ugór, a cmentarz zarósł krzakami. 

PIOTR PYTLAKOWSKI

W Czertyżnem mieszkało kiedyś 40 łemkowskich rodzin. Kiedy je wyrzucano w czerwcu 1947 r., trwała gorąca wiosna, na polach żółciło się zboże – zapowiadał się urodzaj. Przyszło wojsko, oficer dał 3 godziny na spakowanie. Ludzie chwytali co pod ręką, z obór wyprowadzali krowy, wiązali do wozów. Potem ruszyli karawaną do stacji kolejowej w dolinie. Tam wpakowano ich do wagonów towarowych i wywieziono kilkaset kilometrów, na zachód. Tego roku zboża z ich pól nikt nie zebrał. 

Sylwester Madzelan kilka lat przed śmiercią napisał do gminy w Uściu Gorlickim (d. Uściu Ruskim), że chce odkupić swoje 18 hektarów lasu i pól. Gmina nie odpowiedziała. Trzy lata później Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa, która przejęła po upadłym PGR grunty dawnej wsi Czertyżne, ogłosiła przetarg. Madzelana nie powiadomiono. Teren po starej łemkowskiej wsi wygrał pan Tomaśko, trochę rolnik, trochę biznesmen. Kupił ponad 60 hektarów, zapłacił 700 mln st. zł. W ten sposób, niejako przypadkiem, wszedł także w posiadanie starego łemkowskiego cmentarza, ukrytego w kępie drzew, na wzgórzu. 

Kiedy pan Madzelan począł domagać się zwrotu cmentarza swoich przodków, pan Tomaśko odmawiał. Być może uznał, że to dobre miejsce na wypas bydła, cmentarna ziemia jest żyzna, być może zaś chciał ten skrawek opłacalnie odsprzedać. 

Anna Madzelan pochowała ojca na innym łemkowskim cmentarzu, w Wysowej, ale całą historię nagłośniła i wybuchł skandal. – To celowe działanie, Polacy nasze święte miejsca rozparcelują, zaorzą i wykarczują z pamięci – mówi córka pana Madzelana. 

– Wtedy naród zginie. 


Teofil Dubec przy krzyżu na cmentarzu we Florynce

Łem, czyli tylko


Ziemia łemkowskich cmentarzy ciągnie się od Komańczy aż po Pieniny. Kiedyś była tu Łemkowszczyzna – kraina ludu, który przed wiekami przywędrował i osiedlił się w Beskidzie Niskim. Skąd przybyli Łemkowie i jakie są ich korzenie etniczne – wciąż nie jest jasne. Znany etnograf prof. Roman Reinfuss pochodzenie Łemków wywodził od plemion pasterzy wołoskich, którzy mieli przywędrować w Beskidy w XIV i XV wieku. Osiedlali się w wyższych partiach gór, bo niższe, dogodniejsze dla upraw zajęli już Polacy. Reinfuss tak określa falę nowych osadników: „składali się z bałkańskich nomadów, tzw. Arumunów, z domieszką południowych Słowian, Albańczyków, oraz dużą liczbą Rusinów”. Łemkami nazwali ich później, według Reinfussa, Bojkowie, mieszkający po sąsiedzku, w Bieszczadach. Była to nazwa żartobliwa, trochę kpiąca – wywodziła się od nadużywanego przez Łemków (a zapożyczonego od Słowaków) słowa łem, czyli „tylko”. Ale język Łemków tak naprawdę niewiele się różnił od języka Bojków, a nawet Hucułów, mieszkających w południowo-wschodnich Karpatach. Była to jedna z gwar należących do języka ukraińskiego. 


Nagrobny krzyż łemkowski na cmentarzu w Nowicy


Właściciel prywatnego muzeum kultury łemkowskiej Teodor Gocz z Zyndranowej na nazwisko prof. Reinfussa reaguje nerwowo: – Spierałem się z nim nieraz. Ale wymyślił nam korzenie, od Rumunów nas wywiódł, od Albańczyków. Ja panu powiem, ten Reinfuss przyjeżdżał tu jeszcze jako student długo przed wojną. Mówiono, że pracował dla wywiadu, dla „dwójki”. Oni chcieli nam dać w prezencie fałszywą historię, odciąć Łemków od prawdziwych korzeni. 

Według pana Gocza jego naród żyje w Beskidzie Niskim tak długo jak Polacy, może więc być zaliczony do grupy autochtonicznej. – A skąd pochodzimy? – pan Gocz nie ma wątpliwości. 

– Z dawnej Rusi Kijowskiej, dzisiejszej Ukrainy. 


Anna Madzelan: Cmentarz wykarczują z pamięci i naród zginie

Wysiedlić wrogów ludu


Teodor Gocz zgromadził w swoim muzeum tysiące eksponatów. Narzeka na brak pomocy ze strony lokalnych władz. – Sam to utrzymuję, przy pomocy Łemków – mówi. Twierdzi, że brak zainteresowania sprawami muzeum ze strony wojewody i jego urzędników, to wyraz wrogości politycznej. – Oni nie chcą przyznać, że na tej ziemi żyje naród łemkowski, taka dziwna mniejszość. 

Podczas akcji „Wisła” w 1947 r. wyrzucono z domostw setki tysięcy osób narodowości ukraińskiej. Łemków przesiedlono na tzw. ziemie odzyskane (ale od 1945 r. trwała też deportacja do ZSRR). Była to typowa czystka etniczna pod pretekstem ostatecznego rozprawienia się z – jak określano – bandami ukraińskimi. Oddziały UPA (Ukraińskiej Powstańczej Armii) walczyły z Polakami głównie w Bieszczadach, a także okolicach Hrubieszowa i Włodawy. Toczyły partyzancką, brutalną i krwawą wojnę o samostijną (niepodległą) Ukrainę. Akcję przesiedlenia cywilnej ludności przeprowadzono, aby odciąć „bandy” od zaopatrzenia. Czy Łemkowie niesprawiedliwie padli ofiarą akcji „W”? Niektórzy historycy uważają, że tuż po wojnie podział na Łemków, Bojków, Zasańców (Ukraińców spod Przemyśla) i Podlaszuków (Hrubieszów) nie miał znaczenia. Wszystkie grupy zjednoczyły się i popierały UPA. Inni badacze dostrzegają jednak różnice. W Beskidzie Niskim operowało niewiele oddziałów ukraińskich. Wojsko mogło się z nimi rozprawić stosunkowo łatwo. Dlaczego tego nie uczyniono? – Potrzebowali pretekstu dla celów propagandowych – twierdzi jeden z działaczy łemkowskich. – Skoro istnieje zagrożenie, można stosować nadzwyczajne środki. Na przykład wypędzić z domów, z rodzinnej ziemi kilkadziesiąt tysięcy ludzi, przegnać ich na koniec świata. 


Michał Sandowicz: Jestem polski Łemko, patriota warszawski


– Organizowano prowokacje – twierdzi Stefan Hładyk, wiceprzewodniczący Zjednoczenia Łemków z Gorlic. – We wsi Łosie ubecy zrobili fotografię grupy mężczyzn z bronią. Zdjęcie opublikowano jako dowód na istnienie tutaj ukraińskiej bandy. To byli czterej Polacy i trzej Łemkowie, chłopi z Łosia. Ubecy pobili ich bestialsko i puścili wolno zakazując puszczać parę z gęby.

Kod powrotu w genach


Stefan Hładyk prowadzi w Łosiu sklep spożywczy. Z klientami rozmawia w języku, który brzmi jak ukraiński, ale bardziej twardo, z akcentem na ostatniej sylabie. – Ludzie wracają na swoje ziemie – wyjaśnia. – Chcą słyszeć własny język i mówić nim. 

Sam wrócił tu 10 lat temu, z Pszczyny, gdzie rzucił go los. Urodził się we wsi nad Notecią, aż tam rok wcześniej wypędzono jego rodziców. – Tutaj zostawili 17 hektarów, dom i obejście gospodarskie. Po prostu wyrzucili ich – opowiada. – To był zwykły rabunek, ojciec nie dostał odszkodowania za utracony majątek. Nad Notecią zmuszono go do wykupu gospodarstwa poniemieckiego. Spłacał zbożem przez kilka lat. 

Według Hładyka wypędzenie Łemków miało na celu ich wynarodowienie. Zaczęto bowiem realizować wygodną dla komunistów wizję Polski jako państwa bez mniejszości. – To było wielkie oszustwo – uważa. – Najpierw wypędzenie, a po dwóch latach dekret o przejmowaniu przez Skarb Państwa gospodarstw porzuconych. A przecież nasi rodzice niczego nie porzucali. Ich stąd wygnano pod groźbą użycia broni. 

Michał Sandowicz: Jestem polski Łemko, patriota warszawski 

Twierdzi, że deportowano wówczas 32 tys. rodzin, wyludniono kilkaset wiosek. Niektóre gospodarstwa przejęli polscy osadnicy, większość przekazano Państwowym Gospodarstwom Rolnym. – W 1956 r. na fali odwilży ogłoszono, że wypędzeni mogą wracać – mówi Stefan Hładyk. – Natychmiast zgłosiło się 16 tys. rodzin i władza przestraszyła się, zgodę cofnięto. Udało się wówczas tylko nielicznym. 


Stefan Hładyk z klientami rozmawia po ukraińsku


Powrót kosztował, nie każdego było stać. Należało dogadać się z polskim właścicielem połemkowskiego gospodarstwa, zapłacić mu odstępne. Wtedy Polak zdawał gospodarkę na Skarb Państwa, a Łemko odbierał swoje od państwowego urzędu. Michał Rusyn z Bruszar (dawnej Jaszkowej) wyjechał pod Legnicę jako dziecko, wrócił jako dorosły mężczyzna. Odkupił ojcowską ziemię od polskiego osadnika za 65 tys. zł. Wśród pamiątek przechowuje jak relikwię kartę przesiedleńczą z 1947 r. Karta nosi numer 19311. – Nas były tysiące, czy to nie dramat? – pyta. – A ilu tu wróciło? 

Hładyk szacuje, że do dziś mogło wrócić na Łemkowszczyznę ok. 15 tys. osób. Ściągają młodzi, trzecie pokolenie od wysiedlenia. Urodzili się gdzieś na zachodzie, wiedli swoje życie w całkiem innym świecie, ale Łemko ma w genach zapisany kod powrotu. – Czy to takie dziwne, że ciągnie Łemka na swoje? – zastanawia się Hładyk. – Kim jesteśmy? Kim ja jestem? Mówią o mnie: Rusin z Bielanki. Historycznie czuję się Rusinem, ale czy to się komuś podoba, czy nie, Łemkowie czy Rusini, jak kto chce, to Ukraińcy.

Drugi akt „Wisły”


Historia Łemków pogmatwała się przez stulecia, podzieliła ten mały naród na rozrzucone po całym świecie grupy. – Nie jesteśmy narodem, ale ukraińską grupą etniczną – uważa Stefan Hładyk. 

Stefan Hładyk z klientami rozmawia po ukraińsku 

Michał Sandowicz, wiceprzewodniczący konkurencyjnego Stowarzyszenia Łemków z siedzibą w Legnicy, twierdzi, że jego rodacy to część narodu rusińskiego. – To nas różni od tych ze Zjednoczenia. Uważają nas za moskalofilów, takich zaprzańców antyukraińskich, podczas gdy sami deklarują ukraiński patriotyzm. Ale to nieprawda, nie ciążymy ku Rosji. 


Odrestaurowany cmentarz w Hańczowej


Pan Sandowicz tak określa swoją tożsamość: – Patriota warszawski, obywatel polski o narodowości w połowie rusińskiej, w gruncie rzeczy polski Łemko. 

Dziadek Michała Sandowicza był grekokatolikiem, który powrócił do prawosławia i został księ-dzem. (Przypomnijmy, w wyniku Unii Brzeskiej z 1596 r. oderwano od prawosławia jego wyznawców ze wschodnich obszarów Rzeczypospolitej. Powstał Kościół greckokatolicki, tzw. unicki, uznający zwierzchność papieża. Unici zachowali liturgię prawosławną, a ich księża prawo do ożenku. W XIX wieku wielu unitów powróciło do obrządku prawosławnego. Proces powrotu do prawosławia nasilił się w II RP, w latach 30., kiedy Kościół rzymskokatolicki próbował narzucić unickim duchownym celibat). Nie bez inspiracji z zewnątrz próbowano wśród Łemków upowszechnić pogląd, iż wyznający prawosławie dążą do połączenia się z Rosją, a unici to prawdziwi patrioci ukraińscy. 

Dziadek pana Sandowicza, Maksym Sandowicz, stał się ofiarą swojej wiary. W 1914 r. rozstrzelali go na dziedzińcu sądu w Gorlicach Austriacy. Jako prawosławny był potencjalnym wrogiem, sprzymierzeńcem Moskwy. Wielu Łemków uwięziono podczas I wojny światowej w austriackim obozie Talerhof, pod Grazem. Po II wojnie Polacy umieszczali ich w obozie w Jaworznie. 

W latach 90. Maksyma Sandowicza kanonizowano. – Jego syn, a mój ojciec był parochem, prawosławnym księdzem – opowiada Michał Sandowicz. – Urodził się w obozie Talerhof, gdzie umieszczono jego matkę, a moją babkę. Podczas II wojny aresztowali go Niemcy, bo nie chciał podpisać tak zwanej lojalki ukraińskiej, uważał się za Łemkę z Polski. Siedział w więzieniu w Jaśle, cudem przeżył. Losy mojej rodziny są tak poplątane jak wszystkich Łemków. 

W czasach PRL podejrzani byli już wszyscy. I prawosławni, i unici. Dla Polaków nie było Łemków i Rusinów. Byli tylko Ukraińcy, którzy chcą „riezat Lachow”. Problem rozwiązano po swojemu, podejrzanych deportowano. Pozostały po nich wyludnione wioski i samotne cmentarze. Właśnie o te cmentarze, zagubione wśród beskidzkich wzgórz, dopominają się dzisiaj Łemkowie. 

– Sprawa cmentarzy to systematyczne zacieranie naszej tożsamości, drugi akt operacji „Wisła” – uważa Stefan Hładyk. Od kilku lat dokumentuje „zbrodnie” na łemkowskich nekropoliach. Wylicza: wsie Długie i Czarne – cmentarze oficjalnie wykazane jako tereny zielone. Lipna – cmentarz jako las. Czertyżne – groby sprzedane prywatnej osobie. Florynka – łąka, Ropki – prywatny nabywca, Bieliczna – cmentarz i cerkiew sprzedane na przetargu, Blechnarka – pod zalesienie. Cztery cmentarze zalane nad Soliną. Radocyna – na cmentarzu pasą się owce, Wyszowatka – cmentarz zepchnięty buldożerem do wąwozu, tam, gdzie dawniej groby, biegnie dzisiaj droga. Uważa, że niszczenie łemkowskich cmentarzy to działanie usankcjonowane przez polskie władze. 


Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej


Michał Sandowicz polemizuje: – Sprawę cmentarzy niektórzy wyolbrzymiają. Przecież to naturalne, że skoro przez tyle lat nie było tam Łemków, niedoglądane cmentarze zarosły drzewami, a groby rozpadły się. Podobnie stało się z miejscami pochówku Żydów i Niemców.

Czaszka w trawie


Dyrektor rzeszowskiego oddziału AWRSP Zygmunt Sosnowski broni się przed zarzutami o frymarczenie łemkowskimi nekropoliami: – Grunty przekazali nam wojewodowie. Nie poinformowali o jakichkolwiek miejscach pochówku sprzed 50 lat. Nie były uwidocznione w żadnych ewidencjach. Zidentyfikowanie tych miejsc jako cmentarzy też nie było możliwe, bo są całkiem zapomniane, zarośnięte krzakami i pozbawione opieki. Nikt wcześniej nie zgłaszał żadnych roszczeń do tych terenów. 

Dyrektor twierdzi, że wystarczy informacja od Łemków, że jakieś miejsce jest cmentarzem, a natychmiast zostanie wyłączone ze sprzedaży, przekazane pod opiekę gminie albo najbliższej parafii. Tak stanie się niebawem z cmentarzem w Czertyżnem, Agencja odkupi go od pana Tomaśko i przekaże gminie. 

Pani Tomaśko, żona nabywcy cmentarza w Czertyżnem, już się trochę boi tej wrzawy. – Podnoszą ostatnio głowy, po co, czego tak naprawdę chcą? – pyta. – Mówią o doznanej krzywdzie. A nasza krzywda, a pot naszych ojców? 

Urzędnik jednej z gmin („proszę nie podawać mojego nazwiska”) jest zdania, że cmentarze to karta przetargowa w grze, jaką prowadzą niektórzy działacze łemkowscy. – Chwycili się tych grobów i krzyczą o niesprawiedliwości – dowodzi. – A dlaczego sami o swoje święte miejsca przez tyle lat nie zadbali? Przecież mogli tu przyjeżdżać, zapalać świeczki. 

Ziemia łemkowskich cmentarzy ciągnie się od Komańczy aż po Pieniny 

Dyrektor Sosnowski z AWRSP: – Robi się tu dużo hałasu, czasem słusznie, ale często na wyrost. Oskarżano nas, że w Bielicznej sprzedaliśmy prywatnemu nabywcy kilkaset hektarów wraz z cmentarzem i cerkwią. A to nieprawda, i cmentarz ,i cerkiew wyłączyliśmy ze sprzedaży, zostały przekazane parafii rzymskokatolickiej w Banicy. 

Teofil Dubec, stary Łemko z Hańczowej, wyrzucony z domu aż pod Lubin, wrócił w połowie lat 70. – Tam czułem się jak złodziej, nie na swoim. Tu wróciłem na swoje, ale już wśród obcych. Tak sobie dzisiaj myślę, że te zaznane krzywdy są nie do wybaczenia. 


Ziemia łemkowskich cmentarzy ciągnie się od Komańczy aż po Pieniny


Młody Władysław Kaniuk, prawosławny ksiądz z Hańczowej, mówi, że do niedawna była to ekumeniczna wieś. – Proszę sobie wyobrazić wioskę, gdzie żyją wyznawcy siedmiu religii: katolicy, prawosławni, grekokatolicy, świadkowie Jehowy, baptyści, zielonoświątkowcy i jeszcze trzy stare kobiety, siostry, które wróciły z wygnania w ZSRR, siedzą w domu i modlą się do swojego Boga, w którego uwierzyły gdzieś na Wschodzie. 

Ale ostatnio w Hańczowej prysła zgoda między religiami. Ksiądz katolicki rozebrał unicką kapliczkę, w jej miejsce stawia katolicką. Łemkowie oburzeni twierdzą, że to wrogi akt ze strony katolików. Ksiądz Franciszek Malarz tłumaczy: 

– Kapliczka przylegała do kościoła katolickiego, Łemkowie z niej od wielu lat nie korzystali. Stała pusta, niszczała, groziła zawaleniem. Decyzja o jej rozebraniu i budowie nowej nie była skierowana przeciwko Łemkom, ale podyktowana zdrowym rozsądkiem? 

– A łemkowski cmentarz we Florynce? – pyta Stefan Hładyk. 

– Czy to, że uczyniono go pastwiskiem, chociaż należy do parafii rzymskokatolickiej, to też zostało podyktowane zdrowym rozsądkiem? 

O tym, że we Florynce był kiedyś cmentarz, przypomina kilka połamanych krzyży i jeden betonowy grobowiec rodziny Soroków. Stary Teofil Dubec staje przy grobowcu, w skupieniu wpatruje się w krzyż. Młody ksiądz Kaniuk pochyla się niżej, w trawie dostrzega ludzką czaszkę. – Widzi pan – mówi. – Widzi pan, tak tu traktują kości naszych przodków. 

We Florynce mieszkają już tylko Polacy. – Jak by tak przejść po wiosce, to może i w fundamentach odnalazłyby się płyty z tego cmentarza – podejrzewa ksiądz Kaniuk. Ale nie szuka łemkowskich nagrobków w polskich obejściach. Po kilku minutach odjeżdża z Florynki trawiąc w myślach rozpaczliwy obraz zniszczonych grobów i samotnej czaszki, którą pozostawił wśród krzaków.

Obudzeni ze snu


– Pewne rzeczy trzeba przebaczyć i zapomnieć po to, aby choć w części odzyskać inne straty – uważa Michał Sandowicz. 

Stowarzyszenie, w którym działa, dopomina się o zwrot Łemkom ich lasów, o odszkodowania za odebrane majątki. I przede wszystkim o uznanie Łemków za oficjalną mniejszość narodową. – Marzę o stworzeniu na Łemkowszczyźnie takiej enklawy – mówi Sandowicz – gdzie naród mógłby się odrodzić. Gdyby przekazano nam jakiś upadły PGR w okolicy Gładyszowa, stworzylibyśmy nowe centrum polskich Łemków. 

Sandowicz od urodzenia mieszka w Warszawie, jest inżynierem, doktorem nauk technicznych. Założył warszawskie koło Łemków. – Mamy 20 członków – informuje. – I co ciekawe, część z nich to całkiem młodzi ludzie, w których nagle obudziła się świadomość swojego pochodzenia. Oni chłoną język łemkowski, chcą się uczyć, chcą poznać korzenie. 


Grobowiec rodziny Soroków, w trawie leży czaszka


Stowarzyszenie Łemków (z panem Sandowiczem) wydaje pismo „Besida”. Zjednoczenie Łemków (z panem Hładykiem) kwartalnik „Watra”. Pisma rywalizują z sobą, podobnie jak działacze obu związków. Hładyk twierdzi, że ci od „Besidy” wynarodowili się, nie znają języka. Podaje przykład używanego przez tamtych Łemków słowa uż – odpowiednika polskiego „już”. – My mówimy prawidłowo wże – tłumaczy. – Słowo uż znaczy po ukraińsku wsza. A oni tak się rozpędzili, że używają tej wszy bez sensu. 

Sandowicz odpiera: – Uż jest słowem rusińskim, a nie ukraińskim. Nie ma powodów, aby Rusinów ukrainizować. 

XIX-wieczny poeta Aleksander Duchnowicz, uważany za narodowego wieszcza Rusinów, napisał strofy, które stały się hymnem rusińskim. Jego pierwsze słowa brzmią: Podkarpatsky Rusyny, ostawte hłubokyj son („Podkarpaccy Rusini, przebudźcie się z głębokiego snu”). Owi Rusini w Polsce zowią się Łemkami.