h Kto ty jesteś?

onet

W maju rusza spis powszechny. Po raz pierwszy będą pytania o narodowść. Spis, jaki nas czeka z końcem maja – zalecany przez Unię Europejską – ma być fotografią Polski jednoczącej się z Europą. Niespodziewanie okazało się, że spis – jak przed laty – budzi strach i podejrzenia o próbę inwigilacji społeczeństwa.

JAGIENKA WILCZAK


Pytanie o narodowość, jakie po raz pierwszy postawią rachmistrze spisowi, nagle okazało się bardziej uwierające niż spisywanie majątku osobistego. Znane ono było od końca 1999 r., kiedy – na wniosek komisji finansów – Sejm dołączył je do podstawowego kwestionariusza, a prezydent podpisał ustawę o spisie. Teraz zagrożone poczuły się społeczności etniczne i mniejszości narodowe. – Dowiedziałem się niedawno, że będę musiał złożyć taką deklarację rachmistrzowi – mówi Olgierd Wojciechowski ze Stowarzyszenia Litwinów w Sejnach. – Trzeba mieć odwagę przyznać, że się jest Litwinem. Różnie to bywa w małych środowiskach. A wydawać by się mogło, że właśnie tam wiadomo, kto jest kim: czy chrzcił dzieci w cerkwi, czy w kościele, w jakim języku rozmawia w rodzinie, jaki ma akcent, kiedy obchodzi święta, a nawet co jada – kutię, kołduny czy gęsie pipki.


Kilka lat temu Główny Urząd Statystyczny przeprowadzał w Sejnach badanie zatytułowane „Litwini–Polacy”. Jego autorzy twierdzą, że nie było żadnych obaw w deklarowaniu narodowości. Czy lokalny konflikt o strażnicę między społecznością polską i litewską w Sejnach tak zdecydowanie zmienił świadomość obywateli? Obawy może wywoływać rachmistrz spisowy, a może nawet bardziej sama konieczność urzędowego zadeklarowania przed nim swej narodowości: rachmistrz spisowy reprezentuje państwo, w jego imieniu działa i tak jest postrzegany. Mało kto wierzy, że dane spisowe posłużą wyłącznie do celów statystycznych. – Nie takie informacje wyciekały – argumentują ludzie.


Mniejszość się boi

– To problem natury psychologicznej; obawy wynikają z doświadczeń historycznych, z upolitycznienia życia, z czasów, kiedy białoruskość utożsamiano z antyrosyjskością – uważa Eugeniusz Wappa, dyrektor programowy Centrum Edukacji Obywatelskiej Polsko-Białoruskiej w Białymstoku. Zdaniem Wappy dotyczą one dziś przede wszystkim sfery socjalnej. Dlatego pewnie starsi wolni są od strachu. – Nam już nic nie zrobią – mówią. Podczas gdy młodzi wolą nie przyznawać się, że są Białorusinami.


Jan Syczewski, prezes Białoruskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego i poseł, odbiera pytanie o narodowość jako zagrożenie. – Moją świadomość kształtują takie fakty jak zjazd ZChN w Białymstoku, gdzie mówiono o Polsce dla Polaków czy sformułowania Andrzeja Leppera, że mniejszości mogą wyjechać, jeśli im się w Polsce nie podoba. Dlatego przyznanie się do innej niż polska narodowości jest ryzykowne, naraża na szykany. – Większość Białorusinów nie przyzna się i dlatego efekt spisu będzie niewiarygodny – uważa poseł. Według tego rozumowania pytanie wyrządzi mniejszościom krzywdę: zmusi do wyparcia się tożsamości.


Elżbieta Czykwin, autorka książki o białoruskiej mniejszości, dowodzi, że mniejszość jest jak piętno. Właśnie poczucie stygmatyzacji postrzega jako źródło obaw. „Stygmatyzacja związana jest z przynależnością do grupy, która dla większości jest obca, inna i w powszechnym odczuciu mniej wartościowa” – pisze. A tego nikt nie lubi. Ludzie, którzy może w sercu czują się Białorusinami, woleliby to zataić i nie narażać się na złośliwości otoczenia. Zwłaszcza dziś, gdy Białoruś Łukaszenki jest krajem powszechnie wyśmiewanym.


W Przemyślu z powodu pytania o narodowość wybuchła prawdziwa burza. – Gdyby pani napisała w podaniu o pracę, że jest Ukrainką, z pewnością powędrowałoby ono do kosza – powiada Julian Bak, wieloletni dyrektor ukraińskiej szkoły w Przemyślu. Ukraińcy niechętnie rozmawiają na ulicy w ojczystym języku, żeby nie usłyszeć, że skoro jedzą polski chleb, to i mówić powinni po polsku. Kiedy organizowano ukraińską szkołę, przemyska Solidarność groziła strajkiem w mieście. – Wciąż jest w ludziach dawny strach, sam się nad tym zastanawiam: zakodowało się w psychice i trudno teraz odblokować – tłumaczy Bak.


Jest i tu zresztą pewna niekonsekwencja: rodzice posyłają dzieci do ukraińskiej podstawówki i gimnazjum, sami uczęszczają na msze wschodniego obrządku, świętują Jordana i Wielkanoc według kalendarza wschodniego i nagle mają problem, by określić swoją przynależność narodową.


– Co mi to da, że powiem Ukrainiec? Wpiszę Polak i śpię spokojnie – cytuje swoich rodaków Jarosław Sydor, prezes przemyskiego Związku Ukraińców w Polsce. – Może się tak zdarzyć, że w Przemyślu nie będzie, według statystyków, ani jednego Ukraińca.


– Taka wrażliwość kiepsko świadczy o pytanych – mówi Olga Hrynkiw, dziennikarka i autorka filmów o ukraińsko-polskim pograniczu. – Nie widzę problemu w tym, że rachmistrz zapyta o moją narodowość. Obawy świadczą o braku cywilnej odwagi. Dla mnie to są patrioci mocni w pysku. Narodowość to rzeczywiście sprawa wyboru: każdy musi sobie odpowiedzieć, czy się boi, czy się spolonizował.


Ujawnienia tożsamości boją się również Słowacy. – Ani szkoła, ani gmina nie jest przyjazna Słowakom. Nasze dzieci są wyśmiewane. Demokracja nie jest stuprocentowa – tłumaczy Jan Szpernoga, redaktor naczelny gazety „Żivot”. Na Spiszu i Orawie nie ma Słowaków nawet w samorządach, z powodów narodowościowych. – Tu powiedzą rachmistrzom – jestem Spiszakiem albo Orawianinem. Że Słowakiem – z pewnością nie powiedzą.


Moment samookreślenia

Wiesław Łagodziński, socjolog i rzecznik prasowy GUS, przypomina, że celem spisu nie jest tworzenie rzeczywistości, lecz jej opisywanie. Ludzie powiedzą, co chcą i to zostanie zapisane w formularzu, a potem uwzględnione przy opracowaniu wyników. Spis będzie równocześnie zdaniem sprawy ze świadomości, a samookreślenie, kim się jest, należy przecież do demokratycznych standardów. Pytanie o narodowość stawiano w spisach we wszystkich krajach środkowej Europy, które dokonały demokratycznych przemian.


Oleg Łatyszonek, przewodniczący Białoruskiego Towarzystwa Historycznego, przypomina, że białoruskość powszechnie wiąże się z prawosławiem. Ale spis nie pyta o wyznanie. Tymczasem 30 proc. Białorusinów jest dziś świadoma swej narodowości, nie dlatego, że wyznaje prawosławie, lecz dlatego, że czuje się związana z białoruskością. Pozostali albo deklarują, że są Polakami, albo nie wiedzą, kim są i mają kłopoty z samookreśleniem. – Tacy niczego dla białoruskości nie zrobią. Żyjemy w wolnym kraju i jeśli ktoś obawia się przyznać, to jego osobista decyzja. Ale następnego dnia po spisie przyjdzie spojrzeć w lustro – mówi.


Stanisław Krajewski, członek zarządu Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP, też uznał pytanie spisowe za trudne. W liście do „Gazety Wyborczej” pisze: „Gdyby mnie docisnąć w sprawie narodowości, to musiałbym podać i polską, i żydowską. Jeżeli spis wymaga jednej odpowiedzi, nie będzie mógł być zgodny ze stanem faktycznym. (...) Jest po prostu faktem, że można być Żydem, zarazem Polakiem, a nie tylko polskim obywatelem. I w obecnej Polsce nie jest to wyjątkiem, ale nieledwie normą”.


– Są jeszcze tacy, którzy boją się przyznać do swej nacji? – dziwi się Paweł Becherowski, wójt nowosądeckich Romów. – Widać oleju w głowie nie mają: jeżeli powiedzą, że są kimś innym, to sami sobie zaszkodzą. Romowie, jak przekonuje wójt, nie mają kłopotów z identyfikacją. – Tylko w pewnym sensie czujemy się Polakami. Ale jesteśmy Romami. Indywidualne przypadki rozterek mogą się zdarzyć, ale z pewnością nie u większości: romstwa ukryć się nie da. Zdaniem Romów, Polska jest krajem rasistowskim, gdzie za kolor skóry czy narodowość wciąż można dostać lanie. Ale to ich nie przeraża. Być może jakiś wpływ mają na to czynniki materialne: opłaca się dziś być w Polsce Romem. Romowie objęci są specjalnym programem pomocowym, mającym ułatwić integrację ze społecznościami lokalnymi (patrz reportaż „Pomóż sobie Romie”, Na własne oczy, POLITYKA 14), zanosi się również na to, że Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie będzie im wypłacać odszkodowania na łagodniejszych zasadach niż Polakom.


A czy opłaca się być Łemkiem? – Nie ukrywamy swego pochodzenia. Jesteśmy odrębnym narodem, choć nie posiadamy państwa, podobnie jak Romowie – przekonuje Paweł Stefanowski z Bielanki, szef Rusińskiego Demokratycznego Kręgu Łemków w Polsce. Łemkowie akcentują swoją odrębność. – W naszej świadomości nigdy nie funkcjonowało, że jesteśmy Ukraińcami czy Polakami. My Łemkowie, Rusini – mówi Stefanowski. Po akcji Wisła, kiedy przesiedlono około 100 tys. Łemków, władze tego nie akceptowały, przyznanie się do Łemkowszczyzny karano wydaleniem z pracy, z partii. Dopiero potem zaczęto dostrzegać odrębności. – To media rozbudziły w nas poczucie wartości, pokazując Łemkowszczyznę. Moje dzieci z pewnością powiedzą, że są Łemkami. Bo jeśli spis pokaże, że Łemków nie ma, to państwo się ucieszy: przestanie istnieć problem łemkowskich lasów.


– Lekko być Łemkiem, Bojkiem, najciężej być Ukraińcem. Są ludzie, którzy do grobu zabiorą tajemnicę, kim są – wykłada swoje racje Jan Duszkiewicz, lekarz, były prezes Ukraińskiego Towarzystwa Lekarskiego w Szczecinie. – Moje dzieci wyrosły w patriotycznej atmosferze, znają język ukraiński, a wnuczka chodzi na religię grekokatolicką. One nie mają kłopotów z identyfikacją. Ale w wielu rodzinach starzy chodzą do cerkwi, a młodzi do kościoła, bo tak wygodniej. Co powiedzą rachmistrzom spisowym? Wciąż składamy egzamin z życia i dokonujemy wyborów – kończy filozoficznie Duszkiewicz.


Ilu nas?

Tymczasem Miron Kertyczak, prezes Związku Ukraińców w Polsce, mówi, że nie boi się pytania o narodowość, ale odpowiedzi. – Wynik spisu będzie obarczony błędem. Ten błąd może spowodować, że mniejszości okażą się znacznie mniej liczne, niż dotychczas przedstawiano.


Jarosław Sydor dopatruje się więc ukrytych działań. – Po to jest robiony spis, żeby się okazało, że mniejszości w Polsce w ogóle nie istnieją – mówi. – Oczywiście rząd wyciągnie z tego stosowne wnioski, ograniczy dotacje do kultury, nauki języka, szkół, wydawnictw.


Pytanie o narodowość zbulwersowało także środowiska Śląska i Opolszczyzny, gdzie pojawiły się nawet hasła o bojkocie spisu. Lider mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie Henryk Kroll kwestionuje celowość ujawniania narodowości. Czy Niemcy też się czegoś obawiają? Mają przecież wsparcie i oparcie w potężnym państwie, dwóch reprezentantów w Sejmie, 13 radnych w 45-osobowym sejmiku samorządowym Opolszczyzny oraz 31 burmistrzów i 5 starostów. Lidia Burdzik, przewodnicząca Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego w woj. śląskim, uważa, że obraz niemieckości w ten sposób opisany nie będzie odpowiadał rzeczywistości. A Hubert Kurzał, burmistrz Leśnicy na Opolszczyźnie, wolałby, żeby Polska sięgnęła po standardy europejskie. W Niemczech nikt Serbołużyczanom nie każe na piśmie deklarować narodowości. – Jesteś tym, kim się czujesz i nie musisz tego pisemnie wyrażać – przypomina Kurzał. Działacze mniejszości mówią, że starsze pokolenie ciągle żyje tym, że po wojnie za niemieckość szło się do obozów, że kazano im spolszczać nazwiska i zamknięte były drogi do zawodowych karier. Dlatego członkowie społeczności niemieckiej, którzy są na stanowiskach państwowych i gospodarczych, zapewniają, że nie wpiszą do kwestionariusza niemieckości, żeby nie utrudnić sobie awansu.


Przywoływanie demonów przeszłości i sugestie, że będą straszyć także w przyszłości, dziwią dr Danutę Berlińską z Instytutu Śląskiego w Opolu, przez wiele lat doradcę wojewodów opolskich do spraw mniejszości niemieckiej. Berlińska nie przyjmuje takich argumentów, ponieważ w jej głębokim przekonaniu nie ma w III RP dyskryminacji Niemców.


Zdaniem Berlińskiej działacze mniejszości obawiają się raczej ujawnienia rzeczywistego stanu rzeczy i dokładnego policzenia Niemców w Polsce, gdyż może to ograniczyć pomoc płynącą z Niemiec. Jeżeli okaże się, że liczba Niemców drastycznie rozmija się z danymi przekazywanymi władzom niemieckim, to będzie źle. Berlin skrupulatnie liczy marki.


Obawy Niemców przed narodową identyfikacją stara się wykorzystać Ruch Autonomii Śląska. Wprawdzie jego działaczom nie udało się zarejestrować Związku Ludności Narodowości Śląskiej (niedawno również Trybunał w Strasburgu odrzucił ich skargę), ale wzywają dziś do deklarowania narodowości śląskiej w spisie powszechnym. – Spis będzie doskonałą okazją, żeby przypomnieć o śląskiej tożsamości – zapowiadają. I GUS pewnie będzie miał z tym kłopot.


Kłopoty z szacunkiem

Na pytanie, jak liczne są mniejszości, trudno dziś precyzyjnie odpowiedzieć. Dane nie były od lat weryfikowane. Podaje się je w przybliżeniu, szacunkowo w przedziałach od–do, czasem do kilkudziesięciu tysięcy (patrz tabela). Takimi danymi operuje MSWiA i Ministerstwo Kultury. Wprawdzie od 8 lat GUS przeprowadza ankietę statystyczną i publikuje informator „Wyznania i narodowości”, ale zawartych tam danych także nie można uważać za miarodajne. Członkostwo w stowarzyszeniach czy nawet płacenie składek nie może być ostatecznym wyznacznikiem liczebności mniejszości narodowej. Wiele osób nie ma ochoty na zrzeszanie się, choć posiada pełną świadomość swej narodowej odrębności. Zdaniem Olgi Hrynkiw w tej sytuacji spis może pomóc samym mniejszościom odpowiedzieć na pytanie: ilu nas jest.


Nastroje stara się uspokoić Krzysztof Cwetsch, pełniący obowiązki szefa departamentu kultury mniejszości narodowych w Ministerstwie Kultury. – Dotacje nie zależą od liczebności, są przyznawane na konkretny cel – festiwal, wystawę, książkę i w dodatku w drodze konkursu. Zdaniem dyrektora, ministerstwo jest zainteresowane istnieniem mniejszości i tworzoną przez nie kulturą, która jest składnikiem kultury narodowej, kulturą naszych mniejszości chcemy się chwalić w Unii Europejskiej.


Rachmistrz spisowy musi wpisać do kwestionariusza dokładnie to, co powie spisywany, nie komentując, nie uściślając, nie robiąc min. O resztę będzie się martwił komputer i opracowujący spis. Mimo lęków, bardziej czy mniej uzasadnionych, i tak się jest w końcu tym, kim chce się być. Stowarzyszenia apelują do współziomków, by nie schodzili do podziemia. Miron Kertyczak uważa jednak, że strach i fobie to nie problem mniejszości, lecz państwa. Może warto zastanowić się, dlaczego ludzie po 12 latach demokracji boją się przyznać, kim są?


Współpraca Jan Dziadul